jak uratowałam wielki afrykański pogrzeb

Zacznę od tego, że z wielką przykrością przyjeliśmy wiadomość o śmierci Babci młodego. Wyjeżdżając z Afryki ostatnio właściwie wiedziałam, że już jej więcej nie zobaczę, ale ponieważ wszyscy zachowywali się tak, jakby rzeczywistość można było oszukać, to trochę dałam się ponieść tej wszechobecnej wierze… Chyba chciałam żeby choć raz mój cynizm był nieuzasadniony, newet wbrew logice i faktom. Babcia wróciła pod koniec czerwca po miesięcznym pobycie w szpitalu w Indiach z diagnozą i zaleceniem opieki paliatywnej, rokowanie 3 miesiące z możliwością przedłużenia do 6 miesięcy pod warunkiem podawania chemii… no i podawali…. podawali wszystko co było w zasięgu ręki, choćby nikogo nie było na to stać… podawali i tak, a długi rosły codziennie… Jeszcze kiedy wyjeżdżałam nie było tak źle, jeszcze jadła i siedziała w słońcu przed domem, robiła krótkie spacery… po dwóch miesiącach, niepotrzebnie zadanych cierpieniach i kolejnych kilku milionach wydanych na szpitale i leki zmarła… Poleciałam do Afryki natychmiast, nie dla Niej, jej już było to całkiem obojętne, ale dla mojego męża… poleciałam w sam środek szaleństwa pogrzebu! Im bardziej staje się on dla mnie wspomnieniem, tym bardziej doceniam swój udział w tym wydarzeniu, bo zobaczyłam rzeczy które raczej ogląda się w programach antropologicznych, ale będąc tam, nie śpiąc, nie dojadając, będąc bez przerwy otoczona mnóstwem ludzi, mniej lub bardziej znanych, jednak nie bardzo mi bliskich i o zupełnie innej mentalności czułam, że testuję granicę własnej tolerancji i wytrzymałości. Ponieważ nasz dom sąsiaduje z domem Babci, a jest czysty, wygodny i duży, został uznany przez rodzinę za, swego rodzaju, ogólnodostępne centrum dowodzenia, odpoczynku, odnowy biologicznej, noclegownie i co tam jeszcze…. włącznie z miejscem przyjmowania własnych gości, nawet przez naszą ‚panią do pomocy’, która chciała się chyba pochwalić miejscem pracy przed kolażankami… Co więcej rodzina uważała za słuszne narzekać na moje ‚zadziwienie’ nad kulturą masową… na tłumami, które przez tydzień nie mają nic lepszego do roboty tylko celebrowanie czyjejś śmierci!

Tymczasem ja, czekając rano 4 godziny, żeby skorzystać z własnej łazienki w głowie miałam już tylko wielką, czerwoną migającą żarówę i krzyk: OUT! EVERYBODY OUT! Postawa roszczeniowa i całkowity brak wdzięczności bardzo mnie rozczarowały. Nie żebym oczekiwała wiele, ale kiedy zaraz po dziękuję słyszysz, a może jeszcze coś mi dasz, to ręce opadają…

Grób wykopali koło domu… bez sensu, dziadek tak wymyślił, w zasadzie mogę to zrozumieć, ale jest pewien problem… szkoda, że nie dało się go usytuować za domem, na uboczu… nie, grób wykopali na wprost mojego tarasu… taki dom z widokiem teraz mamy… no i trzeba będzie mur wybudować niestety!

Jak już ten grób wykopali i zaczęli go murować, to coś mnie tknęło… poznałam już tutejszych wykonawców dobrze… idę i patrzę…hmm… coś mi nie pasuje… zmusiłam męża, żeby zadzwonił do gościa od trumien i zmierzył tą którą zamówiliśmy wraz z dekoracjami… tia… grób za mały! ciekawe jak oni by sobie z tym poradzili w czasie pogrzebu! niewiarygodne jak niewiele brakowało, żeby schrzanić pogrzeb… nikt się jednakowoż bardzo nie wzruszył, sama przyznałam sobie nagrodę i gratulacje… w końcu u nich to norma, że coś nie działa… biorąc pod uwagę, że Polska znowu absurdem stoi, rzeczywistość Kenijska powinna mi być bardzo bliska! niestety nie jest, już nie wiem, gdzie uciekać

Ostatnią noc przed pogrzebem w domu i wokół domu koczował tłum… trumna stała pod namiotem, kapela gospel przygrywała, ludzie tańczyli, pili, część się modliła, część spała pokotem w różnych kątach, albo po prostu tam, gdzie akurat siedzieli lub stali… za płotem utworzyło się małe przestępcze ozbozowisko, złożone z ludzie, którzy na coś liczyli, pili wino palmowe, bili się, palili zioła…. czekali… Zamknęłam sie w sypialni, ale czułam obecność tych wszystkich ludzi za ścianami, ich oczy śledziły każdy mój ruch jak tylko wychodziłam z domu… byłam osaczona

Rano rozpoczęły się przygotowania do ostatecznego pogrzebu, ludzie mówili różne rzeczy, modlili się, śpiewali, w końcu trumna została złożona do grobu i przywalona wielką betonową sztabą, której w pierwszym momencie nie można było wcale ruszyć… a potem była uczta, którą kucharze całą noc gotowali pod moimi oknami… dwie krowy i cztery kozy…. a potem myślałam, że wszyscy pójdą… kiedy wsiadałam do samochodu, bo tego dnia wylatywałam do Polski, oni tam wszyscy jeszcze byli, co chwile ktoś przyprowadzał jakiś swoich ważnych gości do środka domu (naszego domu), żeby ich wyróżnic, reszta jadła gdzie popadnie… do Warszawy przyleciałam chora… z bezsilności, zmęczenia, zmiany klimatu, a może po prostu zainfekowana przez kogoś afrykańską grypą….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>