poswiateczny come back

Ostatnie dni w Polsce byly chaotyczne i nerwowe. W poniedzialek wieczorem dowiedzielismy sie, ze musimy wyjechac w czwartek o swicie, poniewaz jedyny prom ktory odplywa do Norwegii w sobote jest o 8 rano… wtorek byl dniem wolnym od pracy /trzech kroli/ czyli bylismy totalnie upupieni, zostala nam sroda na zrobienie zakupow, zalatwienie spraw, spakowanie… oops! We wtorek bylismy jeszcze z Edmundem w kinie, poniewaz trzeba bylo odczarowac jego pojscie z babcia na ‚Paddingtona’ w sobote, ktore zakonczylo sie wielkim dramatem, lkajacym dzieckiem I nieprzespana noca… boszzzzzz. W czwartek o 6 rano, prawie zgodnie z planem ruszylismy, musielismy dojechac najdalej jak to mozliwe, pogoda byla znosna, pomimo snieznej zawieruchy w srode, drogi byly czyste, prawie puste, popadywalo, ale niezbyt czesto, jechalo sie bardzo dobrze… dojechalismy do Vejle, urokliwe miasteczko w Danii, 850 km od Poznania. Bylo super. Dotarlismy tam o sensownej godzinie, znalezlismy fajny nocleg, inny, niz planowalismy, ale w samym centrum! Poszlismy na spacer i jedzenie do miasteczka. Do Hirtstal zostalo nam zaledwie 250 km.

W piatek okazalo sie jednak, ze bylo to niekoniecznie ZALEDWIE 250km. Ruszylismy chwile po 7, bo wydawalo nam sie, ze do 11 dojedziemy z duzym luzem. Na autostradzie ulewa, masakryczny ruch, ciemnosc, tony wody spod kol samochodow, nieznana droga…. Dramat! Droga dluzy sie niemilosiernie, w koncu sie rozjasnia, ruch maleje, mija godzina szczytu I nawet deszcz odpuszcza! Uff… znowu jest super… ale tylko przez moment, siapiacy deszcz zamienia sie w snieg, najpierw ledwo widoczny, za chwile na drodze pojawia sie marznace bloto posniegowe… co raz wiecej samochodow w rowach albo na poboczach tylem do kierunku jazdy… uwaga napieta do granic mozliwosci, jest naprawde slabo… znowu zaczyna padac deszcz, zatrzymujemy sie na stacji, musze wziac kilka glebszych oddechow bo czuje ze mam scierpniety mozg… jedziemy, w koncu pod Aaleborgiem jezdza samochody lejace roztworem soli, nie wiem, czy to zdrowe, czy niszczy karoserie, jestem im wdzieczna I bardzo szczesliwa! I cud normalnie, od tego momentu znikaja wszystkie zaklocenia atmosferyczne, wychodzi slonce, nie ma ani sniegu, ani deszczu, ani zbyt wielu samochodow! Do odprawy promowej docieramy 1,5h przed godzina wyplyniecia promu :D jestem szczesliwa, siedzimy i czekamy w samochodzie, bo znowu leje… prom przyplynal, przygotowujemy sie do zaokretowania, Edmundowi chce sie siku, a my zaraz ruszamy, nie ma mowy o wysiadaniu! Butelka! Maly napelnia butelke po soku, ktory przed chwila wypil, jest z siebie bardzo dumy, w butelce bez zmian, kolor i konsystencja ta sama, tylko jakby ktos to podgrzal :D

Wyplywamy z portu i oczywiscie zaczyna kolysac, ludzie chodza jak pijani, odbijaja sie od scian I siebie na wzajem, ide poszukac woreczkow, bo nie mam pewnosci, czy moj zoladek to wytrzyma… ale mam dzisiaj duzo szczescia, moze sie uspokoja, szczesliwie doplywamy do Larvik! Jeszcze tylko kontrola celna, pytaja o alkohol I papierosy. Mowie, ze mamy dwie butelki wina, zapominam tylko dodac, ze 5 litrowe, ale te butelki nas nie obciazaja, podniesli ostatnio limiti I mozna przewozic dosc duzo… mimo to nie jestem pewna, czy przeszlibysmy kontrole bez szwanku, ale kontroli nie mamy… biorac pod uwage moje dzisiejsze przejscia, to jedyne sprawiedliwe rozwiazanie, chociaz jak wiadomo sprawiedliwosci nie ma ;)

Home sweet home, przez dwa dni bede teraz dochodzila do siebie, starzeje sie, nie da sie ukryc!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>